Wyniki wyszukiwania dla słów: koncepcję ludzkiego losu


To by mi wyjaśniało, dlaczego znajoma na początku nic nie chciała
powiedzieć. Dopiero odezwała się po kilku tygodniach, ale bardzo cicho i z
nerwowym rozglądaniem się wkoło... Bardzo to przykre...


To rzeczywiście przykre, ale niestety nie tylko na Ukrainie tak jest.
Podejrzewam że nie miałeś okazji spotkać się z "polskimi" Ukraińcami.
Wierz mi że u nas sytuacja jest dokładnie taka sama. Jak nie przekonasz
ludzi czymś do siebie to będziesz miał szczęście jeśli się w ogóle
zorientujesz, że miałeś z Ukraińcami do czynienia.
Otworzą się tylko jeśli ich do siebie czymś przekonasz, najczęściej po
delikatnym wysondowaniu.

rzecz mnie bardzo zaskoczyła. Mianowicie to, że część rdzennych ukraińców
chętnie zmieniła by przynależność państwową. Zapewne wynika to z biedy.


A ilu naszych rodaków zmieniło?
Ta sama ludzka tęsknota za lepszym losem.
Cała historia ludzkości pełna jest migracji.
To koncepcja państwa narodowego jest wynalazkiem bardzo świeżym.

Pozdro




Latarnik galicyjski

Pomny losu latarnika
unikałem ksiąg podobnych do cebuli.
Otwierałem okno, a wieczorem tv.
Szkło rozdziela dwa światy myślałem -
małpy w błazeńskich rogatywkach
były śmieszne ale nie wesołe,
inaczej niż ryby wychodzące z morza na mój stół.

Po raz trzeci przyszedł Jakub z oceanu,
na którym kończył się świat.
Poznałem go po stopach pomazanych smołą,
pokaleczonych od spadłych gwiazd.

Nie widział Ameryki po tamtej stronie.
Widział syna, który przynosił mi ryby,
aż sam stał się rybą wyrzuconą na brzeg.

Wyglądał jak trzeci stan ludzkiego skupienia.
Najlotniejszy pozbawiony zapachu potu,
z którego sam powstaje kradnąc oddech.

Nocą szkło pomaga mi rozdzielać niebo od morza,
lecz tylko w krótkiej chwili iluminacji.
Potem wszystko zachodzi mgłą,
chociaż żadnych ksiąg już nie czytam.

BB
_____


Dwa miejsca. Rozważ, czy uwagi zasadne.

"Otwierałem okno, a wieczorem tv"
- składnia sugeruje otwieranie tv i, choć moja babcia mówi: 'otwórz
telewizor', to nie ma we mnie zgody na taką frazeologię.

"pokaleczonych od spadłych gwiazd"
- -ych, -ych. zdaję sobie sprawę, ze koncepcja rytmiczna upada przy
'pokaleczonych spadłymi gwiazdami', ale jest IMO nieco niezgrabnie.

Tyle podczas pierwszej lektury. Pozostawił wrażenie. Dobre.

.


Witam,

Właśnie o takie mi chodzi.


Ale o co bo sie zgubilem ?  O komputery jako takie ktore maja narowy
(H. Kuntner, jakies opowiadanko o bazie arktycznej i "integratorach" z
fobia ktora o dziwo przechodzi na ludzi w jakis dziwny i paranaukowy
:)) sposob - wypisz wymaluj kompy to cos w stylu Craya z lat 70 tylko
ze toto nie tylko liczy, odmiane VR dostarczanego ludzkiemu mozgowi
bodzcow (Lovecraft -"Szepczacy w ciemnosciach" czy jakos tak,
czy sama koncepcje losu ktory determinuje
ludzi (to jest bardzo stare - religie Greckie juz to mialy).

Wywala nas z grupy za to SF (to znaczy splonkuja, innej kary nie ma :))


Tak więc mam problem ze znalezieiem a potrzebe mi jest tak:
-konwencje losu ludzkiego w biblii
-w literaturze greckiej i rzymskiej

mam to porównac ale z tym mam nadzieje już jakos sobie poradze.
z góry dziekuje

[ Dodano: 9 Październik 2008, 21:18 ]
przepraszam chodzi mi o koncepcje i bardzo prosze o pomoc


Siema.Jeśli macie coś na temat czegoś takiego:Odwołując sie do przytoczonych fragmetów mitu o Syzyfie oraz Dżumy, przedstaw koncepcje losu ludzkiego w pojęciu Alberta Camusa. Byłbym bardz wdzięczny na podżucenie mi tu jakichś materiałów lub jeśli ktoś ma to gotowego wypracowania. Z góry dzięki.Pozdro.

owieczka- to, że dzieci to oglądają, nie jest winą twórców serii, tylko rodziców. Mój mlodszy brat (14 lat) wie, że ma tego nie oglądać, więc nie ogląda.
Starsi potrafią bawić się smaczkami, aluzjami kulturowymi, obserwacjami socjologicznymi. Dzieci pozostają na podstawowej warstwie i fascynują tekstami typu "Czesio zrobil...." (kto wie, ten wie, co).
Zresztą- ciekawa jest sama koncepcja bohaterów. Wladca much to jak wiadomo Belzebub. Ale sam tytul pojawia się w powieści Golninga, opowiadającej o losach grupki chlopców, którzy znaleźli się na bezludnej wyspie. Golding tworzy studium zla, ludzkiego okrucieństwa i upadlej natury. Polscy Wlatcy są inni. Swojscy, momentami zabawni, podobni do większości z nas w dzieciństwie (w różnym stopniu, ale zawsze...). Tylko są też bylejacy, bez wartości, bez kultury, takie male gówniarze. Zauważyliście, że w serialu prawie nie ma rodziców- chyba że są to "starzy", którzy coś im kupują? A nauczyciele są mocno patologiczni, też nie przekazują im żadnych wartości. I rosną tacy"wlatcy móch", choć z pozoru zupelnie inni niż w pierwowzorze. Pod lekko glupkowatym scenariuszem kryje się ostra krytyka spoleczeństwa, szkoly i blokowisk...

Helmutt napisał/a:

Myślę, że szczęśliwe związki są efektem pewnego zbiegu przypadków, któy powoduje, że spotykaja się ludzie pasujący do siebie po wieloma względami, ewentualnie o cechach charakteru, pozwalających na akceptację i zrozumienie drugiego człowieka.

i to wlasnie jest to przeznaczenie kotku.


Kumbaja, nawet tego nie skomentuje.

Przeznaczenie to: los, dola, fatum, fortuna; predestynacja; to co powiedziane, przepowiedziane, zrządzone przez bogów; nieodwołalna konieczność.

Człowiek, chcąc uzasadnić sobie różnorodność kolei ludzkich losów, swoją bezradność wobec sił natury mających na nie wpływ i zdjąć z siebie choć część odpowiedzialności za bieg wydarzeń wymyślił przeznaczenie. Jest to koncepcja, według której losy człowieka są z góry określone (zobacz: predeterminizm, kismet). Takie postawienie sprawy działało jednak deprymująco. Dlatego próbowano poznać przyszłość (zobacz: wróżby, astrologia, horoskop, jasnowidzenie, I Ching), a następnie ją zmienić: poprzez uczynki, lub za pomocą magii.
encyklopedyczna definicja.

To co Helmutt napisał nazwę krótko- życie. Ale w każdym momencie mogę je zmienić o 180st.

sylwusia4114,
Właśnie odchodzi sięod koncepcji pokoi. Mózg to siec połączeń, np. bodziec wzrokowy przchodzi orzez prawie wszystkie struktury, jednocześnie pobudza neurony w tworze siatkowatym. Kazda czynność to wzbudzanie CAŁEGO mózgu. Myślenie to proces, nie struktura

Komputer popełnia błędy rzadziej niz człowiek, jedyna jego wada, że nie myśli

Co innego to odruchy wrodzone, co innego zautomatyzowane, a co innego swiadome.

No, na pewno Da Vinci umiał przewidzieć przyszłość i tak pokierować losami ludzkości, by wywołać WWII

"Ale zrozum : kierując cialem mózg pracuje inaczej, bo to są ruchy "wbudowane i zaprogramowane" (monstrualna erudycja.. ) " Chcesz neuropsychologa o mózgu uczyć ?

Ojej, czytanie ze zrozumieniem. Napisałam, czym anatomicznie różnią się kurze móżdżki od ludzkich, nie powiedziałam jak różnią się pod względem przebiegających procesów Więcje nas z kurą lączy niż dzieli

Ciało i umysł są jednością. Nie ma procesu myślenia bez mózgu, a mózgu bez genów i ciała. Struktury mózgu są wyznaczane przez geny, a układ genów przez ewolucję i dobór natuarlny.

ZDRAVIM

Z innej beczki... ja juz jestem dzisiaj po probnej maturce a polaka, jutro angli. Co ciekawe (choc to sie zdarza) wiekszosc twierdzi, ze rozszerzony byl latwiejszy od podstawowego. Na podstawowym byl tekst do czytania ze zrozumieniem prof. Miodka i wypracowanie do wyboru - "Zycie w Rosji w XIXw" (tutaj Dziady cz. III i Pan Tadeusz) lub "Koncepcja losu ludzkiego" (czy jakos tak - na podstawie Chlopow). Na rozszerzonym natomiast analiza wiersza W. Szymborskiej lub cos o milosci na podstawie IV cz. Dzaidow i wiersza F. Karpinskiego. Nie jest zle, rozszerzony skonczylem z godzine przed czasem (nie tylko ja). A na podstawowym byla jazda, to czytanie zrobilem w 1,5 godz gdzies a nad wypracowaniem to siedzialem z 30 min zanim zaczalem pisac...masakra. Jutro anglik tez roszerzony i w poniedzialek historia (tez...). Ktos juz pisal probna albo pisze?

[quote="Kithiara":23v9fnnk]Opowiedz coś więcej na temat literatury Danikena, bo powiem szczerze, że nie miałam z nią żadnego kontaktu.[/quote:23v9fnnk]Komiks jest dość luźno inspirowany teoriami Danikena. Sam Daniken jest naukowcem w pełnym tego słowa znaczeniu, założycielem Towarzystwa Paleoastronautycznego, którego członkowie, głównie wybitne postacie nauki, uważają iż losami ludzkości od pradziejów sterowali kosmici, i to prawdopodobnie oni stworzyli ludzką rasę. Istnieje MASA dowodów na to, że było(jest?) tak w istocie, są to np. elementy zachowane w wierzeniach prymitywnych ludów, zapiski i malowidła w azteckich świątyniach(pomimo działań kleru, zachowało się tego sporo) a także Biblia - wiele ksiąg Starego Testamentu wg. Danikena opisuje interwencje kosmitów(którzy udawali totemowego boga Żydów - JHVH). Pod wpływem pomysłu Danikena, opis urządzenia opisanego w Księdze Ezekiela wykorzystali inżynierowie z NASA do stworzenia koncepcji architektury układu napędowego sondy "Pathfinder"(tej wysłanej na Marsa). Do innych tematów rozważań D. należy też kwestia "bożych" objawień, a także rzekomych "cudów". Jedno trzeba przyznać - gość ma talent do śmiałych, bezwzględnie szczerych hipotez i równie bezwględnie rozprawia się z ciemnotą i zabobonem wpajanym ludziom przez media, rządy, religie. Daniken rządzi!

Na poziomie podstawowym: temat 1. - Carska Rosja i jej stolica. Na podstawie załączonych fragmentów "Pana Tadeusza" i III części "Dziadów" Adama Mickiewicza napisz, czym charakteryzowało się życie ludzi w Rosji początku XIX wieku; temat 2. - Koncepcja ludzkiego losu w "Chłopach" Władysława Stanisława Reymonta. Przedstaw temat, analizując wskazany fragment oraz wykorzystując znajomość I tomu powieści. Na poziomie rozszerzonym: temat 1. - O poznawaniu. Dokonaj analizy i interpretacji wiersza Wisławy Szymborskiej pt. "Mała dziewczynka ściąga obrus"; temat 2. - Różne koncepcje miłości i różne sposoby mówienia o niej. Dokonaj analizy i interpretacji porównawczej wiersza Franciszka Karpińskiego "Przypomnienia dawnej miłości" oraz danego fragmentu IV części "Dziadów" Adama Mickiewicza.

Nie wiem, jak pozostali maturzyści, ale mi się wydaje, że poziom rozszerzony paradoksalnie był łatwiejszy od podstawowego.

[ Dodano: 2005-12-15, 20:55 ]
Jak już pisał wynim, dało się napisać (tak, wyszło mi masło maślane...). Chociaż trochę przeszkadzały te hałasy na korytarzu, trudno było się skupić. No i ciągle jacyś dowcipnisie otwierali drzwi do klasy



| Latarnik galicyjski

| Pomny losu latarnika
| unikałem ksiąg podobnych do cebuli.
| Otwierałem okno, a wieczorem tv.
| Szkło rozdziela dwa światy myślałem -
| małpy w błazeńskich rogatywkach
| były śmieszne ale nie wesołe,
| inaczej niż ryby wychodzące z morza na mój stół.

| Po raz trzeci przyszedł Jakub z oceanu,
| na którym kończył się świat.
| Poznałem go po stopach pomazanych smołą,
| pokaleczonych od spadłych gwiazd.

| Nie widział Ameryki po tamtej stronie.
| Widział syna, który przynosił mi ryby,
| aż sam stał się rybą wyrzuconą na brzeg.

| Wyglądał jak trzeci stan ludzkiego skupienia.
| Najlotniejszy pozbawiony zapachu potu,
| z którego sam powstaje kradnąc oddech.

| Nocą szkło pomaga mi rozdzielać niebo od morza,
| lecz tylko w krótkiej chwili iluminacji.
| Potem wszystko zachodzi mgłą,
| chociaż żadnych ksiąg już nie czytam.

| BB
| _____

Dwa miejsca. Rozważ, czy uwagi zasadne.

"Otwierałem okno, a wieczorem tv"
- składnia sugeruje otwieranie tv i, choć moja babcia mówi: 'otwórz
telewizor', to nie ma we mnie zgody na taką frazeologię.


Wlasnie dlatego, ze babcia Twoja tak mowila, jest to zasadne - wskazuje w
jakis sposob na wiek peela, na jego przynaleznosc. A w tym wypadku jeszcze
mocniej podkresla funkcje okienna tv.
BTW to ciekawy problem - czy peel moze mowic nieprawidlowo?

"pokaleczonych od spadłych gwiazd"
- -ych, -ych. zdaję sobie sprawę, ze koncepcja rytmiczna upada przy
'pokaleczonych spadłymi gwiazdami', ale jest IMO nieco niezgrabnie.


pokaleczonych spadlymi gwiazdami ... wskazywaloby niejako, ze gwiazdy
spadaly na nogi kaleczac je. Uzyta przeze mnie forma "pokaleczonych od
spadłych gwiazd" to tak jak "pokaleczone nogi od kamieni lezacych na drodze"
"od cierni na gwiezdzistym polu, na którym znaleziono grób Jakuba zgodnie z
legendą"
Rym na koncu wiersza czyni zauwazona przez Ciebie niezgrabnosc lzejsza. Tak
mi sie zdaje przynajmniej:))

Tyle podczas pierwszej lektury. Pozostawił wrażenie. Dobre.


To dobrze, zależało mi aby ta historia się podobała:)
Pozdrawiam,
BB
______





(..)

Na koniec cytuje:


Kogo?

"....
Możliwe, ze przyciśnięty do ściany Cat powiedziałby: "Trzeba ratować
naród wszelkimi dostępnymi środkami. Jeżeli koncepcja Marszałka po
anschlussie przestała być realna, trzeba było pójść z Niemcami na
Rosje. W ten sposób zniszczyłoby się bolszewizm i uratowało Polskę, a
Beck tego właśnie nie zrobił i wtrącił Polskę w piekło wojny i
okupacji [...]


I miał rację!!

Dzięki komu ocalał świat? Jak się po wojnie okazało, tak Pius XII,
jak i Cat-Mackiewicz byli kiepskimi kalkulatorami. W obliczu wielkich
zmagań o los Europy, o los świata, Cat chciał ratować los narodu,
dając równocześnie szansę na zwycięstwo temu, który w swych planach
los narodu polskiego dawno spisał na straty. Jeśli świat ocalał, to
dosłownie w ostatniej chwili. Najpierw dzięki Beckowi, a później -
już w trakcie wojny - dzięki piątce bohaterów, którzy w porcie
norweskim wysadzili w powietrze barkę niemiecka, zabierająca do
Niemiec tzw. ciężka wódę,


Ciężką wódę to robią w lesie, np na Podlasiu :), tu chodzi o wodę

konieczna do zaawansowanych prob.

atomowych. (Hitler wpadł w furie na wiadomość o tym sabotażu.)
Narodowy egoizm koncepcji Cata i narodowy egoizm posunięć Petaina był
woda na młyn planów Hitlera. Świat ocalał dzięki tym, co egoizm
przekreślili. W sobie i w polityce. Jeszcze jedno potwierdzenie
starej prawdy, ze najlepszym sposobem ratowania interesów jest
ratowanie zasad. Właśnie tak jak zrobiła Polska w 1939 r., mówiąc
ustami Becka "nie"


To są egzaltowane słowa i to opisująvce wydumana rzeczywistość
Realne jest 6 mln istnień ludzkich, które możnaby ocalić.
A Hitler i tak przegrałby!


Czy wierze w Boga ?
Jedyną niematerialną postacią w świecie jest NIC. Po prostu NIC. Niematerialność NIC polega na braku materii i jej atrybutów( ruchu czasu i przestrzeni). Wiemy też, że to nasze NIC , to coś takiego co nie może istnieć bo jest NIC. Czy w takim razie może istnieć coś co nie jest NIC, a jednocześnie ma wszystkie właściwości naszego NIC, czyli jest pozbawione materii i jej atrybutów ?
A więc pomimo, iż jestem otwarty na wszystko, to akurat w tej kwestii nie widzę żadnych przekonywujących dowodów na istnienie istoty wyższej opiekuńczczej i zaintersowanej w jakikolwiek sposób i kiedykolwiek w dziejach istotą ludzką ( tylko proszę nie mówić mi o tomistach, neotomistach, całej filozofii idealistycznej i jej pozostałych przedstawiciewach z Platonem po drodze z Tomaszem, Heglem, Kawką ect, ect..., ponieważ argumenty jestem w stanie zbijać wszystkie po kolei, jest to za słabe działo i amunicja ). Świat jest pełen kataklizmów, wirusów, bakterii, różnorakich niebezpieczeństw czyhających na człowieka, mechanizmy biologiczne okropnie skomplikowane, nie słyszałem by jakiś Bóg podpowiadał naukowcom jak przeciwstawiać się przeciwnościom losu, lekarzom, jak zwalczyć choroby, albo nawet by myć ręce przed odbieraniem porodu - a to było źródłem śmierci ponad 10% kobiet w czasie porodu do czasu przypadkowego odkrycia korelacji pomiędzy czystością a gorączką połogową. Co do Boga-stworzyciela sądzę, że w XXI wieku nie jest to interesująca koncepcja. Ewolucja jest znacznie bardziej interesująca i odpowiada na mnóstwo szczegółowych pytań, szczególnie ewolucja XX i XXI wieku - molekularna. Tradycyjny obraz świata sterowanego przez Istotę Wyższą wydaje mi się po prostu mało ciekawy, nie pozwala na stawianie interesujących, szczegółowych pytań, ogranicza się do ogólników, które łatwo zrozumieć, ale do niczego sensownego nie prowadzi. Na świecie różne Kościoły nie raz zorganizowały wielodniowe modły na różne okoliczności, aby ustrzec się przed zagrożeniami. I co ? Skutek zerowy. Nikt tych modłów nigdy nie wysłuchał. A może nikogo takiego po prostu nie było. Kataklizmom można się przeciwstawiać, zapobiegać je w sposób skuteczny, ale nie metodami jakie nam proponuje wiara. A swoją drogą już 2500 lat temu Budda stwierdził, że spekulacje na temat istnienia Boga i jego natury są bezsensowne, bo nie to jest prawdziwym problemem życia człowieka na Ziemi.

....................................................................................

Wstępna nazwa - Projekt: 'Genesis' - Nowy Świat.
Faza - ogólny niesprecyzowany (RPG/cRPG).
Klimat - dark fantasy osadzony w realiach przyszłości.


....................................................................................

Planeta znajdująca się w niezbadanych sektorach przestrzeni kosmicznej, krążąca wokół dwóch słońc. Warunki klimatyczne zmieniają się w zależności od szerokości i długości geograficznej. Istnieje na niej życie, co więcej zamieszkuje ją kilka ras, zróżnicowanych pod względem społecznym i technologicznym. Historia planety, choć nie do końca znana. Chociaż nie jest zaznaczona na żadnej mapie, nosi ślady kolonizacji przez rasę ludzką - na Ziemi obecna jedynie w opowieściach 'Szperaczy'... Starożytni (bowiem od czasu próby zasiedlenia upłynął szmat czasu) uznani zostali za zaginionych, gdy po ostatnim raporcie, który dotarł do Ziemi, kontakt z ośrodkiem badawczym urwał się, a przesłane dane wskazują na dziwne anomalie na obszarze całej planety...

Wewnątrz planety znajduje się ogromna siła przez jednych zwana Naturą, przez innych Bóstwem... Wyznawcy wierzą, że decyduje ona o losie wszystkiego. Najeźdźcy (nie tylko ludzie) poszukujący nowych złóż surowców, mają za nic przesądy tych, którzy zdążyli poznać skutki lekceważenia Nieznanej Siły (tak nazywają ją ludzie).

Celem Starożytnych było podporządkowanie sobie planety, stworzenia tu miejsca do życia dla rasy ludzkiej... Jednakże Wola Planety była inna... Społeczeństwo zostało ukarane... Pozostały po nim jedynie ślady walki o przetrwanie, ruiny i wraki...

Jest rok 1.034 NEG (Nowej Ery Gwiezdnej)
Centrum uruchomiło 'Projekt: Genesis', którego celem jest znalezienie planety możliwej do stworzenia Nowej Ziemi... Powróciły czasy 'Szperaczy'...

DALSZY ETAP TO PRACE KONCEPCYJNE NAD:
- dokładnym opisem świata (wygląd planety, podział stref klimatycznych, ukształtowanie terenu),
- opisem historii zagłady Starożytnych (co dokładnie wydarzyło się w czasie Apokalipsy),
- określenie występujących ras (wygląd, zachowania społeczne, poziom rozwoju, pochodzenie i cel istnienia),
- sposobem umieszczenia bohatera w tym świecie (wstępnie - rozbicie się na powierzchni planety),
- główną linią fabuły (czyli dokąd zmierza nasz bohater).

Na razie tyle. Czekam na opinie i nowe koncepcje.
Jeśli studia nie będą wymagały poświęcenia całej uwagi (sesja się zbliża ), to powoli powinniśmy rozkręcić projekt, a gdy wskoczy na konkretne tory postaram się osobny topic

Panowie i Panie, wracamy do gry

Ale deklaracja o stosunku Kościoła do religii niechrzescijanskich też zaleca szacunek:

Od pradawnych czasów aż do naszej epoki znajdujemy u różnych narodów jakieś rozpoznanie owej tajemniczej mocy, która obecnie jest w biegu spraw świata i wydarzeniach ludzkiego życia; nieraz nawet uznanie Najwyższego Bóstwa lub też Ojca. Rozpoznanie to i uznanie przenika ich życie głębokim zmysłem religijnym. Religie zaś związane z rozwojem kultury starają się odpowiedzieć na te same pytania za pomocą coraz subtelniejszych pojęć i bardziej wykształconego języka. Tak więc w hinduizmie ludzie badają i wyrażają boską tajemnicę poprzez niezmierną obfitość mitów i wnikliwe koncepcje filozoficzne, a wyzwolenia z udręk naszego losu szukają albo w różnych formach życia ascetycznego, albo w głębokiej medytacji, albo w uciekaniu się do Boga z miłością i ufnością. Buddyzm, w różnych swych formach, uznaje całkowitą niewystarczalność tego zmiennego świata i naucza sposobów, którymi ludzie w duchu pobożności i ufności mogliby albo osiągnąć stan doskonałego wyzwolenia, albo dojść, czy to o własnych siłach, czy z wyższą pomocą, do najwyższego oświecenia. Podobnie też inne religie, istniejące na całym świecie, różnymi sposobami starają się wyjść naprzeciw niepokojowi ludzkiego serca, wskazując drogi, to znaczy doktryny oraz nakazy praktyczne, jak również sakralne obrzędy.
Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów działania i życia, do owych nakazów i doktryn, które chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko jednak odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi. Głosi zaś i obowiązany jest głosić bez przerwy Chrystusa, który jest "drogą, prawdą i życiem" (J 14,6), w którym ludzie znajdują pełnię życia religijnego i w którym Bóg wszystko z sobą pojednał.
Przeto wzywa synów swoich, aby z roztropnością i miłością przez rozmowy i współpracę z wyznawcami innych religii, dając świadectwo wiary i życia chrześcijańskiego, uznawali, chronili i wspierali owe dobra duchowe i moralne, a także wartości społeczno-kulturalne, które u tamtych się znajdują.


Paralelne wobec stwierdzenia "Jezus jest nasz" byłoby stwierdzenie: "W hinduskiej koncepcji Kryszny ( dobrego uzdrawiającego boga) widać tęsknote za Jezusem

COMPLEXIONS CONTEMPORARY BALLET
Historia zespołu

Uznani za jednych z najwspanialszych wirtuozów z kręgu Alvina Aileya (Tobi Tobias, New York Magazine), Dwight Rhoden i Desmond Richardson pragnęli wyrazić wspólne poparcie dla różnorodności i wielokulturowości poprzez taniec. Ich koncepcja polegała na tym, aby wprowadzić wielu artystów z różnych dyscyplin do jednej sali i pozwolić, by interakcje między nimi stały się bodźcem do nowatorskiej kreatywności. Katalizatorem dla tego twórczego procesu był zespołowy i indywidualny rozwój artystyczny i duchowy. Wspaniały pomysł zrodził się w 1994 r. i został trafnie nazwany Complexions [Oblicza].

Nie był to dobry czas dla organizacji związanych ze sztuką, a jednak efektem nowojorskiej premiery zespołu w Symphony Space były wyprzedane bilety na trzy przedstawienia i ogromne kolejki. Krytycy wyrażali uznanie dla zespołu za wysoki poziom artystyczny. "Complexions to mikrokosmos największych współczesnych talentów tanecznych" (Attitudes Magazine).

Oprócz grupy utalentowanych artystów, zespół Complexions zawsze starał się wyróżniać osadzeniem swojej nowoczesnej choreografii i oryginalnej muzyki na podstawach tańca klasycznego. Od tańca na pointach po utwory muzyki pop, zespół wykorzystuje różne środki multimedialne jako zwierciadło swoich czasów i jako komentarz do przeszłości. Przedstawienia, choć zainspirowane problemami społecznymi i politycznymi, ale jednocześnie głęboko osobiste, zawsze dążą do refleksji nad losem człowieka i starają się przedstawić pełen wachlarz ludzkich emocji.

Już w 1995 r. zespół Complexions otrzymał prestiżową nagrodę krytyków New York Times'a i rozpoczął tournee. Zespół zapraszany był na występy podczas ważnych europejskich festiwali tańca, m.in. włoskie festiwale Parma Dance i Spoleto, Festiwal Isle De Dance w Paryżu, Holland Dance Festival, Steps International Dance Festival w Szwajcarii, Moskiewski Festiwal Baletowy "Grand Pas" i Catch Prime Dance 1st Festival w Korei. Zespół występował w nowojorskim Joyce Theater, Brooklyn Academy of Music i Lincoln Center, The Mahalia Jackson Performing Arts Center w Nowym Orleanie, Paramount Theater w Seattle, Music Hall w Detroit, Los Angeles Music Center. Odbył liczne tournee po Ameryce Południowej, Australii, Azji, Europie i USA. W najbliższym sezonie zespół wystąpi po raz pierwszy w Izraelu, Walii, Polsce, w New Jersey Performing Arts Center oraz w ramach bostońskiego programu Celebrity Series. Każde nowe miasto to okazja do powtarzania przesłania: Complexions to więcej niż taniec... to sam język.



Na rynku: luty 2007
Wydawnictwo: MUZA S.A - seria iberoamerykańska

Juan jest mężem Claudii, ale kocha Laurę, wszyscy troje o tym wiedzą. Nie wiedzą natomiast, co każde z nich gotowe jest uczynić, by nic nie było tak jak dawniej. Żegnajcie, mężczyźni to opowieść o rozdrożach ludzkich uczuć, gdzie spotykają się milczenie, bunt i zwątpienie, oraz o zaskakującej koncepcji miłości jako lekarstwa na samotność. Powieść o ludzkich namiętnościach, skrywanych i jawnych, oraz o związkach między kobietą i mężczyzną. Antonio Gómez Rufo (ur.1954 w Madrycie), absolwent prawa, jest autorem powieści, esejów, opowiadań i biografii. Do jego najbardziej znanych powieści należą: Żegnajcie, mężczyźni, El secreto del rey cautivo (nagroda Premio Fernando Lara za rok 2005), Los mares del miedo, El alma de los peces, Balada triste en Madrid, La leyenda del falso traidor, Las lágrimas de Henan. Jego utwory zostały przetłumaczone na wiele języków, między innymi na niemiecki, holenderski, francuski, portugalski, rosyjski, grecki i bułgarski. Regularnie współpracuje z prasą i telewizją oraz z czasopismami literackimi. Mężczyzna, trzy kobiety oraz trzy rodzaje miłości: miłość jako pożądanie, posiadanie i ucieczka przed samotnością. Powieść Żegnajcie, mężczyźni opisuje rozterki mężczyzny, który - w przeciwieństwie do znakomitej większości kobiet - nie potrafi uzewnętrznić swych uczuć i myśli. Jest to opowieść o czterech osobach, zagubionych w labiryncie miłości obowiązującej we współczesnym społeczeństwie, które nad samotność przedkładają życie w nieudanym związku. Gómez Rufo z maestrią odkrywa przed czytelnikiem najgłębsze zakamarki ludzkiej duszy i ukazuje jej piękno. Piękno, które nie zawsze potrafimy dostrzec.

Nie wgłębiając się w powyższe koncepcje, zło jest według mnie czynieniem krzywdy sobie lub innym w przypadku, kiedy się wie, że nie trzeba tego robić. Wtedy zło jest czystym złem. Ale kiedy robi się komuś lub czemuś źle nie wiedząc, że jest inne wyjście i myśląc, że to jedyne, co pozostało, to tak zrobić - wtedy nie jest to do końca złe.

Zło jest z jednej strony brakiem dobra, bo okrucieństwo bierze się z braku szacunku, obojętność na los innych bierze się z braku miłości itd. A z drugiej strony zło jest przeciwieństwem dobra - czyli niszczeniem zamiast budowania, kłamstwem zamiast prawdy, oszczerstwem zamiast uczciwości itd. To wszystko są przeciwieństwa.
Św. Augustyn miał trochę racji, mówiąc, że zło jest brakiem dobra i że bierze się z zepsucia - czyli zmiany ubywaniu dobra. To, że jabłko jest teraz zgniłe, świadczy o tym, że kiedyś było dobre itp. To dobry przykład, chociaż na ogół sprawa jest bardziej skomplikowana - bo życie ludzkie jest zbyt skomplikowane, żeby można było zawsze wszystko wyjaśnić i wywieść przyczyny wszystkiego z czegoś bez wątpliwości. Właśnie to skomplikowanie powoduje, że tak trudno jest "nawrócić" kogoś złego na dobro.

Rzadko trafiają się ludzie całkowicie dobrzy lub całkowicie źli. Bo historia zna wiele przypadków, kiedy ktoś był dobry, ale pod wpływem jakiegoś wstrząsu psychicznego czy indoktrynacji stali się, obiektywnie rzecz biorąc, źli. Dlatego świat na pewno nie jest czarno-biały. Niektórzy uważają, że dobro i zło są względne i zależą od punktu widzenia - to jest też błąd. Należy wyszczególniać i uściślać, co w jakich przypadkach jest dobrem, a co złem. Bo np. obiektywnie rzecz biorąc, złem jest nieuzasadnione zabójstwo - ale nieuzasadnione. Bo zabójstwo też może być karą - w takich przypadkach złem nie jest. Zło bardzo silnie łączy się z niesprawiedliwością, tak jak dobro łączy się ze sprawiedliwością. A sprawiedliwość to temat rzeka i można by prowadzić dyskusję na jej temat w nieskończoność.

Zło na pewno jest skutkiem pewnych nieprawidłowości u człowieka - wynikających z nieodpowiedniego otoczenia, nieodpowiednich warunków, nieodpowiedniego wychowania itd.

W sprawie Twojego wyjątka to ja mogę najwyżej ot tak:
A w sprawie ilustrowanego to chyba moze Ci chodzić o to:

W ostatnim "Wprost" znalazł się szczesliwym zrzadzeniem losy znakomity esej Donalda Kuspita pod znaczącym tytułem "Bakructwo Postmodernizmu". Esej ze wszech miar znakomity. Autor - wybitny krytyk sztuki wspólczesnej i filozof we frapujacy sposób rozprawia się z mitem sztuki która "uwalnia się od ostatecznie od mieszczańskich kanonów piekna i okowów mimetyzmu"
Wreszcie mozemy w Polsce zobaczyć klka prac najwybitniejszych wpołczesnych malarzy (żal że tylko w gazecie), którzy bez lęku powracają do sztuki własnie mimetycznej. A jest co podziwiać. Autor wspomina Desiderio (niestety nie dając moim zdaniem najciekawszych reprodukcji, jak chocby ta:

Ewidentny romans z Van Eyck'iem (czyż nie?)
czy ta:

Rafael? Buonarotti?

ale na szczęscie pojawia się mój ulubiony obraz Odda Nerdruma 'śmierć Andreasa Baadera":

O którym pisać moznaby samodzielne eseje i zapewne wiele ich juz powstało. Przyznaję - jestem fanem Nerdruma - za jego czarny humor, warsztat i wyobraźnię. Przytoczona tu, absolutnie rembrantowska scena to nic innego jak wizja śmierci jednego z najgroźniejszych przywóców terrorystycznych - wspóltwórcy grupy Rote Armee Fraktion. Za sprawą przewrotnego prowokatora - Nerduma - morderstwo Badera, który oficjalnie - podobnie jak - dziwnym zrzadzeniem losu pozostali niemieccy terrorysci - powiesił się w celi staje się sceną "biblijną'. Genialnie sprawne warsztatowo, znaczeniowo zabawne i przewrotne. Diablo przewrotne.

W kontrapunkcie do tych, starannie "klasycyzujacych" autorów Kuspit przypomina innych zainteresowanych sztuka figuratywną.
Ii tak mamy np Jenny Saville z jej przejmujacymi koncepcjami pokazywania ludzkiego ciała:


A dla równowagi zabawnie flirtujaca z kiczem Julię Heffernan:


czy urocze obrazki Jamesa Valerio:


To tylko kilka nazwisk i tylko jeden esej. Moim zdaniem niezwykle ważny esej bo koniec końców ktoś zaczyna dostrzegać w Polsce, ze sztuka wspólczesna to nie tylko koszałki Opałki i wtórne (szczególnie wobec Rotha) instalacje Kozyry.


2.umarł by pokazać, że wyczuwana instynktownie paradoksalna struktura
rzeczywistosci ( np. absurd w sensie A. Camus) sięga samej istoty swiata -
czyli Boga - Bóg słaby, Bóg pradox. Żyjemy w swiecie wypełnionymi
sprzecznosciami, więc czemu Bóg miałby być sprzecznosci pozbawiony :
słabosć, siła; wszechmoc i dobroć a zło realne,


Co do paradoksow, gdzies wyczytalam, nie jestem pewna, ale chyba u Tischnera
(sprawdze to i jeszcze potwierdze), ze istnieje koncepcja, ze w Bogu zawiera
sie takze zlo. Troche to szokujace, choc zgodne z praktyka i rozumem. Sama
nie potrafie do konca sie z tym zgodzic. Moze to paradoks, a moze
powierzchownosc w rozumieniu dobra i zla.
Tak w ogole uznaje istnienie paradoksow. Bog jest, Boga nie ma - dwa zdania,
ktore niekoniecznie sa sprzeczne.

rzady ducha  a <głupi
zapłon jakiejs tam materi zabija 150 młodych ludzi, a więc rzady <slepej
materii


Dobry swiat ducha, zly swiat materii ?
Ostroznie, bo to tez gnostyckie !

Rzady ducha i niepodlegla im "slepa materia" ? Przeciez materia wlasnie
poprzez rzady ducha zostala stworzona i wedlug praw, ktore te rzady jej
nadaly. Nie probujesz przypadkiem na sile uniewinnic Boga ?

Tu wlasnie chcialabym zasugerowac pewna "hipoteze" a propos przyczyny:
"Dlaczego Chrystus musiał umrzeć na krzyżu?"

"Winy nasze bedzie nosil" - to z Pisma Sw., ale byc moze nie doslownie, bo z
pamieci.

Czy Bog przypadkiem nie ponosi pewnej odpowiedzialnosci za nasze winy ?
(przypadkiem zasugerowalo mi sie cos, co zgadzaloby sie wlasnie z owa
hipoteza wyczytana u Tischnera)
Stworzyl nas slabymi ! W koncu w naszych wyborach miedzy zlem a dobrem dosyc
rzadko kierujemy sie czystym upodobaniem do zla. Z reguly jest to strach,
jakies ludzkie pragnienia, niezrealizowane potrzeby, wplywy otoczenia, czy
wychowanie.

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Jezus, choc bez grzechu, _winy_nasze_nosil_ . Czy nie nalezaloby tego
potraktowac doslownie ? Bog obarczyl siebie wina za nasze zlo i te wine
poprzez swoje cierpienie odkupil. Czy nie jest to konsekwencja Jego
sprawiedliwosci ?
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

[Nota bene - nieco inaczej jest z aniolami. Upadle anioly nie sa wolne od
grzechu, lecz one, jako doskonale, za swoj grzech w pelni odpowiadaja. Wina
Szatana nie ciazy na Bogu i dlatego tez za Szatana Chrystus nie umieral.]

Swoja droga, meke i smierc Chrystusa uwazam za wielka uczciwosc ze strony
Boga. Tylko dzieki temu mozna wybaczyc Bogu nasze cierpienie. Zauwazcie, jak
bardzo Bog podzielil nasz los, skoro nawet On sam odczuwal na krzyzu pustke
i osamotnienie ("Boze moj, Boze, czemus mnie opuscil ?").
Kiedys uwazalam meke Syna Bozego za bestialstwo ze strony Boga. Od kiedy
zrozumialam, ze to sam Bog dal sie ukrzyzowac, uznalam to za rzecz wielka i
Jego wobec nas usprawiedliwienie.

3.umarł by do końca swiata ludzie się męczyli nad pytaniem : jest czy nie
jest? Jest czy nie jest dobry czy zły? Jest cos po drugiej stronie czy
tylko
nic? Czy się poswięcać czy używać? itd


Moglby nie umrzec i tez by sie meczyli.

4. umarł by usprawiedliwić Boga przed ludˇmi za zło, bo jak kiedys Jan
Paweł
II powiedział historia to dzieje sadu człowieka nad Bogiem...
(...)
Punkt 4. to już przeszłosć. Jeżeli dzieje czlowieka to historia osadzania
Boga przez człowieka żyjemy w apogeum historii ( od ok 150 lat) czyli w
epoce szczytowego osadzania Boga przez ludzi.


Czy wiec przeszlosc ? Nie wydaje mi sie. Wystarczy poczytac niektore posty
tutaj, czy na pl.soc.religii by przekonac sie z jakim zapalem oskarzamy
Boga. Chociaz moze faktycznie - obecnie nieco mniej oskarzania, a wiecej
obojetnosci. A szkoda. Obojetnosc jest opcja najgorsza z mozliwych.

Wbrew pozorom zyjemy w czasie dużej prostoty umysłu,a
jakiekolwiek pojęcie paradoxu  jest pewna sztuka nie dostepna dla kazdego.


Paradoks bedzie sie teraz coraz bardziej upowszechnial. Epoka New Age jest
miedzy innymi odejsciem od logiki arystotelesowskiej i jednoczesnie
zwroceniem sie na wschod (logika paradoksu jest charakterystyczna dla
religii wschodu). New Age to oglupiajacy kogiel mogiel, ale to jakby juz
inna sprawa.

Gosia



Rozwije zatem twoja watpliwosc, abys nie musial sie nad tym zastanawiac: nie
orientuje sie w tym wogole! I wcale nie zamierzam sie na tym znac
kiedykolwiek!


O.K. mam jasnosc :-) O to mi chodzilo.

| Taka wiedza przydalaby sie przy pisaniu powyzszego tekstu.

Tutaj oponowalbym. A na co mi ta wiedza?
Naiwnosc ludzka nie ma granic. Koncernom zbrojeniowym chodzi wlasnie
dokladnie o to, aby wszyscy mysleli, ze bron na stanie NATO jest
niedoskonala.


Dosc ciekawa koncepcja, choc wedlug mnie nietrafna, bo najbardziej
zainteresowani sukcesem sa zawsze rza~dza~cy politycy (prezydenci,
kongresmeni, parlamentarzysci) i szybka sprawna akcja zbrojna w
"slusznej sprawie", zawsze im pomaga w zdobyciu/przedluzeniu wladzy.
Na pewnym etapie, pieniadz juz sie tak bardzo nie liczy jak WLADZA.

Przeciez jezeli NATO zademonstruje swiatu doskonalosc i idealnosc posiadanej
broni to czy wowczas koncerny owe otrzymaja spoleczne przywolenie na dalsze
zbrojenia i produkcje nowych rodzajow lepszej broni? Zastanow sie!


Otoz sie zastanowilem. Na pierwszy ruch mozgu masz racje, ale na drugi i
trzeci, to nie.
Co innego jest dysponowac sprawna technicznie przestarzala~ 20-30 lat
technika~ wojskowa~ (np. jak Polska czy Jugoslawia), a co innego
posiadac w miare nowoczesne uzbrojenie (sprzed gora 10 lat lub aktualne
nowinki) ale WADLIWE, czyli NIEBEZPIECZNE dla samych siebie. Taka
sytuacja wymagalaby od politykow natychmiastowej rewizji zamowien
rzadowych na bron i wielkiej kompromitacji duzej liczby osobistosci z
kregow polityki i biznesu.
Przypomnij sobie kompromitacje amerykanskie podczas "rajdu na Teheran",
czy zamakaja~ce karabiny w dzunglii wietnamskiej. Afera byla straszna.

Kiedy zas "osmiesza sie" niecelnoscia pociskow i niesprawnoscia broni (bach
w autobus, bach w most po ktorym pedzi autobus, bach w dom, bach w kolumne
uciekinierow) wowczas zrodzi sie wsrod spoleczenstw NATOwskich koniecznosc
przeznaczenia pewnej czesci podatkow na dalsze zbrojenia. I o to glownie
chodzi.


Widzisz, znajomosc techniki wojskowej przydalaby sie co nieco. Pomysl,
jak sie niszczy most ? Ano leci sobie samolot. Nawigator namierza cel
lub podaje jego  pozycje do "oswietlenia" dla innego samolotu, spuszcza
bombe samosterujaca lub odpala rakiete i daje dyla (nikt nie podziwia
dziela zniszczenia, gdyz traci sie wowczas ostroznosc), a bomby/rakiety
sobie leca~ moze 10 sekund, moze i minute albo i wiecej, wowczas z lasu
lub tak po prostu wjezdza na most pociag czy autobus i dostaje cios.
Duzo trudniej byloby upolowac celowo taki cel, niz sie to na pozor
wydaje.

Myslisz ze ktos "bezinteresownie" wyklada pieniadze tylko po to, aby
bronic biednych Albanczykow z Kosova? O naiwnosci bezgraniczna.......


Interes zawsze jakis jest, ale sa tez takie interesy jak "europejska
polisa ubezpieczeniowa". Wedlug tej koncepcji, Zachod przez kilka lat
wykladal olbrzymie pieniadze na modernizacje elektrowni atomowej w
Kozlodoju (Bulgaria), tylko po to, aby miec swiety spokoj.
W Kosowie tez chodzi o swiety spokoj. Zlikwidowanie rezimu Miloszewicza
pozwoliloby Zachodowi na duza ekspansje gospodarcza do bylych krajow
Federacji jugoslowianskiej i strategiczne planowanie rozwoju inwestycji
w tym rejonie.
Warunkiem jednak jest ustabilizowana systuacja polityczna na Balkanach,
a temu polityka czystek etnicznych przeczy. Tak sie jakos sklada, ze
strategia ta[stabilizacji polityczno-gospodarczej] jest tez i
humanitarna i dlugofalowo korzystna dla obu stron (patrz Jugoslawia za
Tity).

Powiedz sczerze ILE WLASNYCH pieniedzy przeznaczyles na pomoc dla
Kosovian???????? Dlaczegoz to
producenci broni mieliby byc lepsi moralnie od ciebie i bronic z potrzeby
serca Kosovian? Ich los nic ich nie obchodzi....


Odpowiadalem Ci szczerze, wiec i tym razem odpowiem:
przeznaczylem 10zl (dziesiec polskich zlotych) i ogromnie podziwiam
ludzi, ktorzy gotowi sa przyjmowac uchodzcow i walczyc o ich prawa.

P.S. Znam tez przypadki skrajnie egoistycznych postaw i "karier", ludzi
dzialajacych w  duzych miedzynarodowych organizacjach humanitarnych (nie
z opowiesci, z wlasnego zycia).

(STS)


Twoj wiersz uwazam za slaby, zas hurraentuzjastyczne uwagi niektorych
wypowiadajacych sie
budza moje podejrzenia. Albowiem znajac ich dotychczasowy sposob
rozumowania,
nie wierze w szczerosc ich pochwal. A zatem jedynym wytlumaczalnym
powodem, dla
ktrorego zyskalas tyle pochwal, moze byc tylko temat, ktoremu poswiecilas
wiersz. Nie wiem, czy jasno sie wyrazilam i moze lepiej juz zakoncze, bo
widac,
ze juz "wszystkie sklepy na Powislu mam poobrazane"  - ze sobie tak smutno
zazartuje...

Polonika

--


Kwestie odczytania i nie tylko

Pozwól, że pod tym postem odniosę się do kilku Twoich uwag rozsianych w
całym wątku (dzięki temu moja wypowiedź stanowić będzie pewną całość).

Na wstępie refleksja nie związana bezpośrednio z tekstem. Przyjrzyj się
fragmentom swoich wypowiedzi.

"Znajduje w "sztuce magika"  trzy elementy, ktore moga na niewyrobionych
badz sentymentalnych czytelnikach robic wrazenie [...]".

"Mysle, ze nastapila zbiorowa fascynacja tych, ktorzy sie wypowiadali na
temat wiersza, tematem, tory  - co tu duzo mowic - nie tylko jest chwytliwy,
ale jakby, w pewnym sensie modny i politycznie poprawny. Poruszanie tematu
Holocaustu stalo sie jakby warunkiem przynaleznosci do pewnej socjety, do
pewnego kregu intelektualnego. W tym sensie zawolanie "sztuka magika" jest
tu jak najbardziej na miejscu".

"[...] hurraentuzjastyczne uwagi niektorych wypowiadajacych sie budza moje
podejrzenia. Albowiem znajac ich dotychczasowy sposob rozumowania, nie
wierze w szczerosc ich pochwal. A zatem jedynym wytlumaczalnym powodem, dla
ktrorego zyskalas tyle pochwal, moze byc tylko temat, ktoremu poswiecilas
wiersz."

Sprawiają one wrażenie, że to nie sam wiersz, a reakcja na niego stała się
powodem, dla którego brałaś udział w dyskusji. Oczywiście przyznaję, że
część Twoich wypowiedzi związanych jest z treścią utworu.

A propos treści. W pewnym momencie dyskusji postawiłaś wniosek, który,
wydaje mi się, waży na całości Twoich rozważań:

"Bo wbrew temu, co pisze Wilczysko, wiersz moze byc odczytany tylko w ten
jeden, jedyny sposob - jest to wiersz o Holokauscie".

I dalej:

"Poruszanie tematu Holocaustu stalo sie jakby warunkiem przynaleznosci do
pewnej socjety, do pewnego kregu intelektualnego. W tym sensie zawolanie
"sztuka magika" jest tu jak najbardziej na miejscu. Z zalem obserwuje, jak
tematyka Holocaustu dewaluuje sie poprzez dopinanie do niej utworow
niedobrych, slabych, nieprzemyslanych. Zawolac w tej sprawie nie wystarczy,
trzeba jeszcze zawolac mocno, sprawiedliwie i poruszajaco".

Potwierdza to fragment ostatniego postu:

"A zatem jedynym wytlumaczalnym powodem, dla ktrorego zyskalas tyle pochwal,
moze byc tylko temat, ktoremu poswiecilas wiersz".

Konkluzja tych wypowiedzi może być jedna: wiersz o holocauście = pochlebne
uwagi i zainteresowanie. I to sprowokowało mnie (jednego z autorów tych
"pochlebnych uwag") do zabrania głosu. Chciałbym też zaznaczyć, że będzie to
bardzo szczere i osobiste wyznanie.

Dla mnie nie istnieje problem holocaustu (przynajmniej w takim wymiarze, w
jakim ty go traktujesz). Myśląc o nim wpisuję go niejako w archetypiczną
strukturę tragedii ludzkich. Mówiąc brutalnie: czasami losy bohatera
tragedii antycznej robią na mnie większe wrażenie (na zasadzie wstrząsu
moralnego i emocjonalnego) niż dokument z czasów holocaustu. Zapewne nie ma
czym się chwalić, ale tak jest. W związku z tym Twoja koncepcja mojego
odczytania wiersza pt. "sztuka magika" wzięła w łeb. Nie widzę w nim ani
grama holocaustu (tak naprawdę dopiero dyskusja około tekstu uświadomiła mi,
że w ten sposób można wiersz czytać). Czyli chyba coś musi w nim być, skoro
wycinając z pola semantycznego holocaust dalej może wzruszać, przerażać i
porywać do dyskusji (c.n.d.).

Pozdrawiam serdecznie, Telik.


Nowatorstwo dramatu Witkiewicza

1. Teoria Czystej Formy jako wynik „niepokoju metafizycznego” Witkiewicza.

a) zainteresowania Witkacego metafizyką i Tajemnicą Istnienia - najistotniejszym, głównym jego problemem metafizycznym było zagadnienie sensu istnienia człowieka w danym momencie dziejowym i danym miejscu oraz jego stosunku do świata; według Witkiewicza każdy powinien dążyć do poznania tej Tajemnicy;

b) klęska wcześniejszych dążeń do zgłębienia Tajemnicy Istnienia i powstanie teorii Czystej Formy - Witkacy uważał, że do poznania Tajemnicy Istnienia i pokonania „niepokoju metafizycznego” od wieków dążyły religia, filozofia i sztuka; dwie pierwsze dziedziny myśli ludzkiej, wg niego, zbłądziły w tych poszukiwaniach i upadły; zmierzała do upadku również sztuka; mogła ją uchronić jedynie gruntowna przemiana, polegająca na realizacji stworzonej przez niego teorii Czystej Formy;

2. Idea i założenia teorii Czystej Formy.

a) celem sztuki dramatycznej wprowadzenie widza w sferę uczuć metafizycznych i wzbudzenie w nim zainteresowania Tajemnicą Istnienia - utwór nie ma opowiadać, lecz umożliwić odbiorcom przeżycia metafizyczne (przeciwstawienie się tradycji, naśladowaniu rzeczywistości, a więc zarówno dramatowi naturalistycznemu jak i symbolicznemu);

b) sposobem oddziaływania dramatu na widza jej forma i konstrukcja poszczególnych elementów - słów, gestów działań, dźwięków, barw - widz ma być wciągnięty do akcji kreowania dramatu, ma zostać zaszokowany, porażony, olśniony jego dziwnością, niesamowitością;

c) głównym celem twórcy dążenie do Czystej Formy, a więc do ideału, w którym utwór nie ma żadnego związku ze światem rzeczywistym - układ elementów konstrukcji sztuki zależy wyłącznie od koncepcji artystycznej twórcy i nie powinien być podporządkowany żadnej nadrzędnej idei;

d) groteska jako środek do realizacji teorii Czystej Formy - kategoria ta opiera się na odcięciu od rzeczywistości, całkowitym odrealnieniu wszystkich elementów sztuki (deformacja, karykatura, dziwaczność, jednoczesne występowanie elementów komicznych i tragicznych, brak zasady prawdopodobieństwa, psychologicznej motywacji postaci i przyczynowo-skutkowego ciągu zdarzeń), a więc służy idei Czystej Formy;

3. Rola groteski w dramacie Witkiewicza na przykładzie „Szewców”.

a) groteskowe miejsce akcji - warsztat szewski położony z dala od miasta na szczycie góry (nierealność jego umiejscowienia), w którym rozgrywają się wydarzenia mające wpływ na losy świata (absurdalność, nieprawdopodobieństwo);

b) postacie dramatu

- groteskowe nazwiska (Scurvy, Gnębon Puczymorda, Księżna Irina Wsiewołodowna Zbereżnicka-Podberezka)

- groteskowy, karykaturalny, czasami makabryczny wygląd zewnętrzny (Hiper-Robociarz - „żywy zmechanizowany trup”, Gnębon Puczymorda o twarzy tak strasznej, że może ją oddać tylko maska)

- przerysowany charakter (Księżna jako potwór w kobiecej postaci o sado-masochistycznych skłonnościach)

- nielogiczny i absurdalny sposób myślenia (Scurvy potępiający arystokrację za doprowadzenie do rozkładu państwa i marzący jednocześnie, „aby choć jeden moment hrabią prawdziwym być”)

- reprezentowanie tego samego poziomu intelektualnego, niepełna identyfikacja z własną grupą społeczną (szewcy myślący jak filozofowie, znający zagadnienia psychologiczne);

c) język jako element groteski

- używanie tego samego języka przez postacie niezależnie od grupy społecznej, z której się wywodzą (szewcy używają języka naukowego, Księżna klnie ja szewc)

- liczne neologizmy odrealniające wypowiedzi (pseudonaukowe:

„hipersupramegafonopumpa”, „suprapanbabojarchat”, przekleństwa: „sturba jego suka”, „chądrołaje przepuklinowe”, przezwiska: „sflądrysyn”, „skurczyflak”)

- mieszanie mowy wykwintnej, nasyconej terminologią naukową z wulgaryzmami i antyestetycznym obrazowaniem

- wypowiedzi bohaterów i komentarze z didaskaliów o komicznym zabarwieniu, kontrastujące z dramatyczną, czy nawet makabryczną sytuacją;

d) groteskowe sytuacje i wydarzenia<

- brak zachowania przyczynowo-skutkowego ciągu zdarzeń (szewcy wywołujący rewolucję w momencie, gdy całkowicie o niej zapomnieli, a ich jedynym celem jest „praca sama w sobie”)
- łamanie praw natury (pośmiertne przemówienie Sajetana)
- przekreślanie kanonów obyczjowych (Czeladnicy uznający za stroje urzędowe pidżamy)
- brak motywacji postaci (Hiper-Robociarz strzelający co jakiś czas z „colta” do nieżywego Sajetana)
- całkowita absurdalość, odrealnienie i nieprawdopodobieństwo sytuacji (torturowanie szewców przez pozbawienie ich możliwości pracy, nabranie przez Scurvy’ego cech psa);

"Wolna wola – w filozofii i teologii, postulowana cecha ludzkiego umysłu i świadomości, pozwalająca człowiekowi samemu decydować o swoich czynach i nie być całkowicie zdeterminowanym przez los, instynkty czy siły wyższe.

Zagadnienie wolnej woli jest jednym z odwiecznych pytań, będących m.in. częścią filozofii moralnej oraz teorii bytu. Zagadnienie to można sformułować w formie pytania: Czy wolna wola istnieje?, albo bardziej precyzyjnie: Czy człowiek ma faktycznie wolność wyboru, czy też jego wybory są całkowicie determinowane czynnikami zewnętrznymi?

Jak dotąd żadna ze stron nie chce przyznać drugiej zwycięstwa. Istnieje więc na ten temat wiele rozbieżnych koncepcji."

"Wiara jest terminem wieloznacznym. W mowie potocznej oznacza przekonanie o czymś. W religioznawstwie natomiast polega na przyjęciu istnienia lub nie istnienia czegoś bez żadnego dowodu wiarygodnie potwierdzającego ten fakt. Świadoma decyzja przyjęcia takiej wiary nazywa się aktem wiary. W epistemologii wiara to "uznawanie za prawdziwe nieuzasadnionego twierdzenia". Zarówno uzasadnienie jak i jego brak nie implikują prawdziwości lub fałszywości treści wiary (zob. problem uzasadnienia)."

"Zaufanie jest emocją okazywaną ludziom, przedmiotom czy instytucjom, takim jak firma, rząd czy społeczeństwo. Może być wzajemne. Zaufanie jest wiarą w określone działania czy własności obiektu obdarzonego zaufaniem. Często oznacza nawet przekonanie jednej ze stron w to, że motywacją drugiej strony wobec niej jest bycie uczciwym i chcącym działać dobrze (benewolentnie). Zaufaniem obdarowujemy osobę, której wierzymy, że będzie doradzać nam dobrze, myśląc o nas, a nie o sobie."

Posłużyłam się cytatami z wilkipedii.
To co wiara mi dała/daje już napisałam. Również uważam iż na świecie każdy z nas ma określone zadanie do spełnienia.
Mam wiele pytań na które nie znam odpowiedzi i nie sądzę abym kiedykolwiek odpowiedź poznała. Dla mnie istnieje nieskończoność (google ).

Skoro mamy "ustalone" co to jest wiara, zaufanie nasuwa mi sie pytanie, które też powinno mieć odpowiedź skoro powstało. Aby istniał związek w którym istnieje miłość między dwojgiem obcych sobie ludzi musi istnieć zaufanie. Zaufanie to według wilkipedii wiara.
Więc pytam osoby, które nie są wierzące (a wierzyć można nawet w słonia i trąbę) dlaczego zaufały obcej osobie. Poznawać się można nawet i 50 lat ale nie jesteśmy w stanie tej osoby poznać. Skąd to zaufanie, co takiego wpływa na to zaufanie czyli wiarę- uroda, która wszyscy wiemy jest ulotna, charakter- który zmienia się pod wpływem róznych czynników, a może genetyczna podświadomość, która była już
poruszana na forum ale czy w takiej podświadomości można mówić o zaufaniu?

Zaufanie, wiara w miłość, w Boga, sukces, życie po śmierci moim zdaniem to w pewnym sensie nasze marzenia, pragnienia na które nie mamy gwarancji a doświadczenia innych osób i nauka nie są w stanie stanąć nam na przeszkodzie aby rezygnować z nich. Być może wierzymy naiwnie ale nasze pragnienia są tak mocne, że jesteśmy w stanie ryzykować wiarą i ufnością w coś, czego nie potrafimy sami wyjaśnić.
Być może wynika to z egoimzmu naszego, być może człowiek jest tak stworzony, że musi mieć obrany cel i wierzyć w to, aby mógł istnieć i funkcjonować w świecie.

Nie mądrzej było wrzucić to przed oddaniem polonistce? Być może uniknąłbyś jakiś błędów, albo usłyszał pomocną radę. No ale cóż...

Pomysł: 3 / 3+

Domyślam się, że nauczycielka oceni wysoko (bo to te panie mają zazwyczaj do siebie), ale generalnie nic odkrywczego nie pokazujesz. Koncepcja może i jest interesująca ale średnio zrealizowana (tj. śmierć Hektora). Wydaje mi się, że to miał być bardziej popis stylu, niż przedstawienie ciekawej historii. Hektor spieprza przed Achillesem, wreszcie walczy, umiera, cześć i koniec. Rozumiem, że miałeś pewnie ściśle określony temat.

Styl: 4

No właśnie. Te krótkie opowiadanie wydaje się być stworzone jako wybieg dla Pani Styl. A on specjalnie nie powala, tzn. chodzi mi o to, że jakoś czuć, że to praca domowa na polski, że MUSIAłEś to napisać, bo Ci to ZADANO. Czuć pewną manierę, prawie na siłę, i trudno ocenić, bo to wszystko jest mocno stylizowane. Napewno plus za dobre słownictwo, ale czy to pochłania, ciekawi, gra czytelnikowi na uczuciach? Nie. Bo to praca domowa, coś co musiałeś zrobić (właśnie dlatego nie cierpię pisać prac na polski). Może to tylko moja chora wyobraźnia, ale właśnie tak to widzę.

Schematyczność: 3

Rekonstrukcji scen "Iliady", czy generalnie historycznych/mitycznych wydarzeń było raczej sporo, nie dostrzegam tu nic specjalnie oryginalnego.

Błędy: 2+

Pierwszy akapit i już powtórzeniówka, wątpię czy zamierzona:

Duma i lęk toczą w mej głowie zażarty pojedynek o byt. Dokładnie taki, który czyha na moją osobę, jest nieunikniony i niczym śmierć spadnie na mnie,


nie wiadomym

raczej razem

Widzę Achilla, pędzi co tchu po to by mnie wreszcie unicestwić. Kita na wierzchu szyszaka faluje od biegu, muskana wiatrem na dodatek. Peliońska włócznia groźnie uniesiona nad bark drga, lecz w przeciwieństwie do mnie nie ze strachu.


Tak też się dzieje i bogów rodziciel unosi swe wagi złociste kładąc na jej szalach losy jeszcze niepełne:

wagi złociste przecinek

prędkie nogi Achillesa dościgną mnie w mig. Tak też się dzieje i bogów rodziciel unosi swe wagi złociste kładąc na jej szalach losy jeszcze niepełne: na jednej Achillesa, na drugiej zaś mój. O jedną kroplę stoję od przelania czary, na które ramię opadnie, okaże się za moment. Dla mnie błyskawiczny, dla przyjaciela niepomszczonego Patroklesa wieczny, jakby odkładający się na potem. Czuję jak pot spływa mi po czole, skroniach, na czubek nosa spełza, leniwie czeka by opaść. Leci. Rozbija się wśród piachu ziaren, wysycha błyskawicznie. I nadszedł czas by to mój los zawitał do bram Hadesu, to mnie opuszcza Apollon. Stoimy naprzeciw siebie. Wsparty na wbitej w ziemię włóczni mierzy mnie wściekłym wzrokiem.

Przesadzasz O.o

czy zwyciężę z ugodą ci naprzeciw wychodzę.

zwyciężę przecinek

a już w mą stronę pędzi jego włócznia ze świstem przecinając powietrze.

włócznia przecinek

tchnął życie w chmurę piachu, która wzbiła się w powietrze tudzież opadła po chwili.

powietrze przecinek

Nie mogę pozostać mu dłużny. Złość i chęć wygranej dodają mej ręce sił i wydaje mi się, że to uczucia, nie muskuły cisnęły dzidę wprost w środek tarczy Achilla. Rozsierdzam się jeszcze bardziej widząc, iż oręż mój odbija się od puklerza bezradnie. Prośby do brata mego, Deifoba, by ten włócznie mi do ręki przywrócił nic nie dają. Zostaję sam z horrendalną świadomością, że los mój naprawdę w podziemiach Hadesu spocznie. łudziłem się, iż to cny Deifbos jest przy mnie,


Jak dzika zwierzyna pośród traw rzucam się na Achillesa jak na bezbronne jagnię.

Dwa 'jakowe' porównania w jednym zdaniu nie brzmią buena.

Ostatkami sił, gasnąc już odpowiadam:

gasnąc już przecinek

Spodziewałem się takiej reakcji jednak rzeczą ludzką jest, łudzić się i marzyć o niemożliwym.

bez przecinka po jest, przecinek po reakcji

gniew bogów, mimo, że przedni z ciebie wojownik

bez drugiego przecinka

Generalnie zbyt dużo tego jak na krótkie opowiadanie.

Ocena ogólna: 3 / 3+

Pomysł nie porywa, styl jest niezły, ale czuć (przynajmniej ja czuję), że to praca domowa, stylizacja może być, spora ilość błędów. Generalnie jeden z tekstów, które się czyta, komentuje i po niedługim czasie spycha gdzieś w najdalsze kąty umysłowego magazynu. Z chęcią przeczytałbym coś innego, Twojego autorstwa.

Pozdrawiam.

Kilka dni temu skończyłem ostatni tom Trylogii Zimnego Ognia amerykańskiej pisarki Celii S. Friedman. I nadal pozostaję pod kolosalnym wrażeniem.

O czym jest ten cykl? Możnaby napisać, że zaczyna się od wysokiego "C" a potem jest jeszcze wyżej i wyżej...

Kosmonauci z Ziemii, podróżujący w celu odnalezienia planety, gdzie mogliby się osiedlić, trafiają na Ernę. Planeta ta jest jakby stworzona dla nich. Ma tylko jedną ogromną tajemnicę - natura wytworzyła na niej prądy energii wpływającej na wszystko, co się tam znajduje. Energia ta, zwana fae, potrafi się materializować w postaci różnorakich wytworów. Skąd się one biorą? Z ludzkiego strachu, lęków, marzeń... Ta energia, to naturalna moc magiczna planety. Przybysze z kosmosu muszą się zmierzyć z nią lub jej poddać, dokonując swoistej wymiany barterowej - "coś za coś". Tak właśnie robią: by Erna stała się ich domem poświęcają całą swoją technologię, zgromadzoną w statku kosmicznym. Oto ich Ofiara - dzięki niej mogą pozostać przy życiu na tej "nieludzkiej" ziemi.

Mija kilkaset lat. Ludzie lepiej lub gorzej radzą sobie z życiem na Ernie. Niektórzy z nich rodzą się z darem, którym jest umiejętność wpływania na fae - to adepci magii i czarownicy. Ludzie pozostający dłużej w jednym miejscu nie moga się również obyć bez wierzeń - rej wodzi nauka, że Ernę stworzył Bóg Ziemii i to jemu jedynemu trzeba oddawać cześć. Jeden z przywódców, neohrabia Merenthy, postanawia dokonać kolejnej ofiary, by móc pozostać niemal nieśmiertelnym i zgłębiać tajniki tej planety jak najdłużej - by do końca dostosować ją do potrzeb człowieka. A straszna to ofiara...

Oto mamy dziś rok 1246 po Ofierze, mija dziewięć wieków od czasów, w których żył neohrabia Merenthy. Do miasta Jaggonath przybywa, opuściwszy swą ojczyznę, kapłan Jedynego Boga i zręczny wojownik, Damien Vryce. Ma on służyć zwierzchnikowi tutejszego Kościoła w sprawach magii. Posiada on umiejętność posługiwania się nią, nie jest jednak adeptem, czyli urodzonym talentem magicznym. Nie pozostanie jednak długo w tym mieście. Wkrótce wyruszy z misją odnalezienia i zabicia demonów, które prześladowały jego, poznaną niedługo wcześniej, przyjaciółkę i ukochaną, Ciani z Faraday, adeptkę i Mistrzynię Wiedzy. Ta podróż będzie zaledwie początkiem wielkiej przygody, która odmieni nie tylko życie Damiena, ale i losy całej Erny. Po drodze spotka między innymi tajemniczego czarownika Geralda Tarranta, demona Iezu zwanego Karrilem i rdzenną mieszkankę Erny, rakha, zwaną Hesseth.

W skład omawianego cyklu wchodzą trzy książki: "Świt czarnego słońca", "Nadejście nocy" i "Korona cieni". Można by rzec, że każdy tom zbudowany jest według jednego schematu: grupa śmiałków podejmuje podróż, by osiągnąć założony cel. Jednak Trylogia Zimnego Ognia nie jest zwykłą przygodówką fantasy. To cudowna opowieść, której odmienność zaczyna się już na poziomie koncepcji: inny świat, nowatorski pomysł na źródło magii. Cykl czyta się wspaniale również dzięki świetnej budowie bohaterów - niemal żaden z nich nie jest "biały" lub "czarny", krystalicznie czysty i dobry lub nieskończenie zły, każdy mieści się w odcieniu szarości, który to odcień zmienia się również w miarę płynięcia akcji trylogii. A mimo to potrafimy się zaprzyjaźnić z niektórymi z bohaterów, pomiędzy czytelnikiem a dramatis personae rodzą się interakcje, również odmieniane przez przypadki w toku zmian fabuły - chwilami jedni bohaterowie są nam bliscy, by w innym momencie ich nie cierpieć... A bohaterów swoich nie traktuje Autorka ugodowo, każe im stawać przed coraz to nowymi wyzwaniami, co więcej nie zatrzymuje się, gdy któryś z ważniejszych bohaterów musi zginąć lub odejść w cień. Pani Friedman tak niejednokrotnie zagrywa bohaterami, że czytelnikowi zdaje się to być bezsensownym posunięciem a ostatecznie wychodzi, że wszystko było trafne i logiczne, dzięki czemu mała jest szansa na znudzenie się fabułą.

Co tu więcej pisać - Trylogia Zimnego Ognia to cykl wyśmienity! Trzyma w szachu niemal od pierwszej strony nie tylko przygodami bohaterów, ale również na przykład rozważaniami na temat zachowania człowieczeństwa w warunkach, gdy zło popłaca, problemu mniejszego zła i jego kosztu... a że jednym z głównych bohaterów jest kapłan, to nie brak też pytań o siłę wiary i zasadność jej zachowania. Podsumowując: wspomniane książki Celii S. Friedman, to genialna seria, godna polecenia każdemu czytelnikowi.

Moja ocena: 6/6

Porównywać zindoktrynowane coś

Hehe, zaraz znowu będzie oskarżenie o półsłowka itp.

Co do ludzi obojętnych, to ja bym częściej spotkał ich wśród katolików niepraktykujących: takich, którzy raz na rok pójdą do kościoła poświęcić jajka, uronili kilka łez oglądając w tv pogrzeb papieża, ale o bogu w ciągu swojego życia nie pomyśleli zbyt wiele .

Wyraziłem się zbyt niejasno: chodziło mi o to, że nie da się udowodnić nieistnienia jakiegoś obiektu, jeśli jedną z jego postulowanych właściwości jest np. niepoznawalność na drodze metody naukowej (tak jest rozumiem w przypadku Boga chrześcijańskiego). Słyszałeś o Niebiańskim Czajniczku Bertranda Russella? http://pl.wikipedia.org/wiki/Czajniczek_Russella

Co do cudów czy też innych tzw. zjawisk nadprzyrodzonych: niby dlaczego artykuły o takich zjawiskach miałyby nie pojawić się w takich magazynach? Załóżmy, że hipotetycznie człowiekowi lokomotywa odcięła głowę. Jeśli za trzy lata ta głowa sama dostanie nóg i mistycznie przyłączy się do ciała zmarłego, który to odżyje, a całą sprawę udokumentuje jakiś lekarz (załóżmy ateista), wtedy jest to dla niego początek ogromnej sławy! Niebo na ziemi. Robi zdjęcia, bada zmartwychwstałą ofiarę, pisze artykuł do The Lancet, artykuł jest następnie w przeciągu roku recenzowany przez wielu ludzi, którzy szukają w nim nawet najmniejszego śladu oszustwa. Jeśli tego nie znajdą - voila.

Ale zacytowane przez Ciebie przypadki cudów to po prostu mało prawdopodobne, ale zdarzające się przykłady niesamowitej wytrzymałości ludzkiego ciała na różne przeciwności losu. Większość chorób "nieuleczalnych" (nawet IV stadium raka płuc) ma sporo przypadków całkowitego wyleczenia. Może to być 0,01% albo nawet 0,001% zachorowań - ale nie zero. Myślę, że powinieneś bardziej zaufać ludzkiemu układowi odpornościowemu.

I jeszcze jedno. Cytowanie jakiegoś przypadku z 1641 roku jest bezcelowe, równie dobrze mogłeś podać przykład z ok. 30 roku naszej ery, kiedy to niejaki J. Chrystus ożywił umarłego Łazarza. Też byli świadkowie, którzy opisali to wydarzenie. Ale niestety, zabrakło wtedy aparatów fotograficznych i badań nad ciałem Łazarza...

O ojcu Pio z tego co pamiętam gdzieś w tym temacie pisano rok temu, i doszliśmy do konsensusu, czyli do fenolu kupowanego potajemnie w aptece (zeznania aptekarki; swoją drogą ciekawe, co fenol robił w aptece? może dezynfekowali nim pomieszczenia?) i krwi jakiegoś zwierzęcia, które miało inną grupę krwi. O temperaturze 54 st. C jeszcze nie słyszałem! Może jakieś zdjęcie termometru przyłożonego do pachy ojca Pio? ;>

(Bo w końcu "Nadzwyczajne twierdzenia wymagają nadzwyczajnego udowodnienia", jak pisał Carl Sagan).

utaj myślę są dwie drogi: albo podważać wiarygodność uczonych albo się nad tym zastanowić.

Przecież nauka posuwa się do przodu właśnie dzięki podważaniu wiarygodności uczonych i powtarzaniu przeprowadzonych eksperymentów. Za każdym razem, gdy wynik się potwierdzi, zyskuje on na wiarygodności, ale gdy tylko jeden raz wykaże się jego fałszywość, cała stojąca za nim teoria leży w gruzach. Przykładem jest Millikan, który tak bardzo starał się zdyskredytować efekt fotoelektronowy, aż w końcu swoimi badaniami niezaprzeczalnie go potwierdził.

Cieszę się, że uznajesz takie sprawy jak istnienia Adama i Ewy za śmieszne, niestety jest wielu ludzi którzy traktują podobne historie dosłownie. Co do okdupienia przyszłych win, widzę tu podobną sytuację jak z owym kapłanem rzucającym czar rozgrzeszenia przed bitwą, rozumiem że chrześcijanie nie widzą nic dziwnego w odkupywaniu grzechów jeszcze niedokonanych przez ludzi jeszcze nienarodzonych.

A sama koncepcja "odkupienia win" przez śmierć i krew kozła ofiarnego była może i praktykowana w świecie starożytnym, ale dzisiaj uznawana jest za niesamowicie okrutną i pozbawioną sensu. Chrześcijaństwo niestety sięga w koncepcji kozła ofiarnego szczytu, ponieważ jak ktoś tam zauważył oprawca, ofiara i sędzia to jednocześnie jeden i ten sam Bóg!

To, że ewolucja jest niezgodna z nauczaniem Kościoła nie twierdziłem... wiem, że Jan Paweł II uznał ją za zgodną z doktryną jakieś dobre 10 lat temu. Choć z drugiej strony Benedykt XVI w swojej książce napisał ostatnio, że się z nią "nie zgadza", czy coś w tym stylu.
Ale z koncepcją Adama i Ewy wyjętej z żebra ewolucja nie ma już nic wspólnego, więc jedno albo drugie chrześcijanin musi porzucić.

ps. a Nature akurat ma całe archiwum za darmo w Internecie, polecam

Myślę, że Grecy pod Maratonem mieli (jak to się powiada), więcej szczęścia niż rozumu.
Wysyłanie przeciw przeważającym siłom wroga wojska dowodzonego przez 10 strategów, było co najmniej nieodpowiedzialnością, bo jak można było przewidzieć, każdy z powyższych będzie miał swoją koncepcję przeprowadzenia bitwy - co zresztą miało miejsce.
Szczęściem dla Greków było to, że w ostatniej chwili zdecydowali się na zasięgnięcie opinii doświadczonego męża, archonta-polemarcha Kallimacha, który zgodnie z greckim prawem wojennym ustanowił głównodowodzącym armią Greków na okres 5 dni, niejakiego Militiadesa, który w przeciwieństwie do pozostałych, bardzo dobrze znał Persów i ich taktyki wojenne.
Persowie natomiast, niemal zawsze liczyli na siłę liczebną swojej armii - świadczy o tym na przykład bitwa pod Termopilami.
A, że u Persów żołnierzy chyba nigdy nie brakowało, tako też tłukli swoich przeciwników, nie tylko siłą własnego oręża, ale też liczebnością swojej armii, której to potęgą liczebną zazwyczaj głośno się przechwalali.

Być może chodziło im o tzw. efekt zastraszenia przeciwnika?...
Wiadomo jest, że jeśli przeciwnik widzi potężną liczbę, dobrze uzbrojonego wojska nacierającego niemal wszystkimi siłami, to w niejednym przypadku przerażenie, a wręcz nawet bezładna panika, i co za tym idzie, równie bezładna ucieczka z pola bitwy, jest jakby kwestią formalną.

nazaa,

Inna sprawa - czemu Persowie w bitwie nie wykorzystali jazdy? Czy na przeszkodzie stał problem z jej transportem?


Najprawdopodobniej ów transport perskiej konnicy stanął Persom faktycznie na przeszkodzie.
Trzeba wziąć tu pod uwagę, ładowność ówczesnych statków perskich, i domniemaną ilość wojska jaką przerzucono pod Maraton.
Z tego rachunku wychodzi, że owa konnica w ilości jaka dotarła pod Maraton, mogła stanowić właściwie tylko coś w rodzaju zwiadu, a taka ilość konnych w jakiejkolwiek bitwie raczej niema większego znaczenia.

Wiemy też, że w bitwie pod Maratonem nie wzięli udziału Spartanie, gdyż w tych dniach obchodzili oni jedno ze swoich świąt religijnych.
Akurat to święto obchodzone bodaj przez kilka dni zabraniało im pod jakimkolwiek pozorem brać udział w jakichkolwiek bitwach.
Tak więc Grecy pod Maratonem pozbawieni byli najlepszych w całym Peloponezie żołnierzy, za których uważano bezspornie Spartan i tym samym losy owej bitwy zapewne stanęły pod dużym znakiem zapytania.

Wiadomym jest, że Spartanie przybyli pod Maraton niestety, już po bitwie, a ich "czynności" ograniczyły się jedynie do policzenia zabitych Persów i pogratulowania zwycięstwa Grekom - czyli, Spartanie zbytnio się tam nie wysilili, a szkoda, bo z ich udziałem straty Persów byłyby z pewnością o wiele większe.

Co więc sprawiło, że to właśnie Grecy zwyciężyli pod Maratonem?...
Myślę, że taktyka strategiczna, jaką obrał i zastosował Militiades miała tu chyba pierwszorzędne znaczenie.
Do tego determinacja z jaką walczyli Grecy - a walczyli przecież o być, albo nie być, zarówno dla kraju, swoich rodzin, a także i samych siebie.
Siła przekonania, determinacji i zwykłego ludzkiego strachu o siebie i swoich najbliższych potrafi w takich i podobnych sytuacjach czynić niemal cuda.

Przepraszam za zabranie głosu w dyskusji.

Tacy wykonawcy, którzy głoszą, że "będziemy zadowoleni i z koncertu dla dwóch osób, choćby i w garażu, byleby występ był udany, a muzykowanie jest dla nas na siódmym miejscu, konkretnie za rodziną, pracą, żeglowaniem, [...]" skazują się na eliminację. Oczywiście, jest to ich świadomy wybór - do którego mają prawo. Nie mają prawa narzucać tego innym.

W podobny sposób muzyka jazzowa przechodząca różne koleje -- a to będąca na topie jako muzyka taneczna, a to znów będąca muzyką protestu, lecz popularna wśród milionów -- zeszła do roli muzyki dla koneserów, zeszła na obrzeża. I warto dodać, że wśród jazzmanów nie było większych ideologicznych dyskusji na temat czy powiedzmy gitara basowa, elektryczna, perkusja czy syntezator są dopuszczalne. Za to właśnie wśród jazzmanów powstała koncepcja, że "komercja jest zła". Sami sobie zgotowali ten los.

Każdy człowiek, czegokolwiek by nie głosił, potrzebuje dwóch rzeczy: uznania oraz środków do życia. Powiedzmy, że wykonawca ma dobrą pracę zawodową i nie uskarża się na brak środków do życia. Jeśli ideologicznie ucieka od popularności to ucieka także od szerszego grona fanów, zamyka się w getcie kilku osób, które ten zespół lubią. A psychika nie wytrzymuje tak małego uznania. Rodzi się frustracja, kiedy na tym samym festiwalu ławki są puste na jego występie, a gdy na deski sceny wchodzi inny zespół to grupuje się rozśpiewany tłum. Wykonawca zdaje sobie sprawę, że -- przynajmniej we własnej ocenie -- jest wielokrotnie lepszy od tego drugiego zespołu, no ale sam widzów nie ma. Stąd frustracja, cierpienie, oszukiwanie siebie że jest się Mistrzem, tylko te wieprze nie doceniają rzucanych przezeń pereł*. W dalszej kolejności wykonawca zaczyna przekonywać wszystkich wokół, że "komercja jest zła, stawiamy na niszowość". To się chyba nazywa kompensacją.

A przecież oprócz znakomitego wykonania warto zrozumieć, że istota ludzka udająca się na dowolny występ potrzebuje show. To nie muszą być nawet tańce na scenie. Wystarczy dobra konferansjerka, zbudowanie spójnej opowieści słowno-muzycznej, być może prezentacja obrazów na ekranie, budzenie historiami uczuć wśród publiczności: mogą to być mrożące krew w żyłach opowieści o życiu na dawnych żaglowcach, o ciężkim losie wielorybników, o piratach, ale i przypowiastki dowolnej treści budzące rozbawienie (byle spójne z opowieścią muzyczną). No i ruch sceniczny. Kilku sztywniaków nie zbuduje show. Nie bez znaczenia jest pamiętanie o tym, że na widowni nie znajdują się sami koneserzy. Bezpieczniej jest założyć, że widownia składa się z widzów będących na występach danego zespołu po raz pierwszy.

Jest taki polski zespół grający muzykę celtycką. Na płycie brzmią refleksyjnie, spokojnie. Na scenie prezentują ogień. I jest to jedyny zespół celtycki który mi się podoba. Oni nawet nie śpiewają. Ale potrafią zaprezentować show w najlepszym tego słowa znaczeniu. Są profesjonalistami.

Według mnie podstawowa różnica między amatorszczyzną a profesjonalizmem jest taka, że profesjonalista myśli o publiczności, a amator o sobie samym. I nie przykryje tego zastępcza dyskusja na temat "sacrum a profanum" albo ironiczne teksty o tym, że "chłopcy próbują zaistnieć".

Wino Beaujolais Noveau są to za przeproszeniem "młode siki". Takich popłuczyn nikt o zdrowych zmysłach by nie pił. Ale ktoś sprytny pomyślał o "publiczności" i wypromował to wino, z całym ceremoniałem, "nową świecką tradycją". I powiem Wam, jak się w to uwierzy, to to wino jest naprawdę niezłe. Tymczasem bardzo drogie wina francuskie, a przynajmniej wiele z nich to zakalec w porównaniu z wieloma niedrogimi winami Nowego Świata czy chocby węgierskimi. Kiedyś Francja bardzo dbała o te wina, o "publiczność", ale potem sama uwierzyła, że są najlepsi i od tego czasu następuje upadek...

Słowo "Audience" (publiczność) pochodzi od "słuchaczy". Nasze słowo "publiczność" brzmi podobnie do angielskiego "publicity" = dbanie o rozgłos.

Dziękuję za uwagę,
Antek - człowiek, który młodość spędził w niszy wcale tego nie chcąc.
---
*) Był kiedyś doskonały system magnetowidów o nazwie Betamax. Przegrał z gorszym systemem VHS, bo Betamax wybrał niszowość. Dokładnie to samo z komputerami MacIntosh firmy Apple w porównaniu z systemem PC.

Ocena forum, jaką zawarł Michał we wstepie swojego postu zmobilizowała mnie do wypowiedzi.
Czasami i mnie ogarniają refleksje o irracjonaliźmie, szczególnie, gdy widzę jak wykształcona młoda osoba sprawiająca wrażenie głęboko wierzącej, zaczyna nagle mieszać łyżką w garku w ściśle określonym przez TMC kierunku i wierzyć, że kolejność wkładanych do garnka jarzyn ma wpływ na wartość potrawy. Nie mam zamiaru nikogo urażać, stwierdzam tylko bunt mojego umysłu przeciwko takim praktykom.
Odbieramy powierzchowne i źle ukierunkowane wykształcenie ogólne. Wygląda to tak, jakby komuś zależało, aby kończący szkołę młody człowiek nie rozumiał jak funkcjonuje jego organizm i dlaczego. Wyniesiona ze szkoły wiedza ogólna w aspekcie zapobiegania chorobom, w tym właściwego odżywiania nijak nie przystaje do praktycznej przydatności w życiu. Przytłaczająca większość młodych ludzi sądzi, że wszystko co jest w sklepie, nadaje się do jedzenia.
Jesli chodzi o homeopatię, to poza tymi, którzy czytali encyklopedię New Age, nie spotkałam nikogo, ktoby ją oceniał poprzez swoją fizyczną wiedzę, w tym znajomość liczby Avogadro i technologii wytworzenia cukrowej kulki, tak jak nie myślimy o tym łykajac inne proszki. Większość traktuje, że są to ziołowe specyfiki, a więc z mniejszymi skutkami ubocznymi niż inne tabletki.
Myślę o irracjonaliźmie, gdy słyszę, jak wielu ludzi wierzy, że uzdrowi ich cud . Poza uzdrowieniami Jezusa mamy dzisiaj tylko kilkadziesiąt udokumentowanych cudów. Mimo to, wielu ludziom wygodniej jest wierzyć i czekać na cud, niż poszukać wiedzy, przyczyn choroby i zmienić cokolwiek w swoim życiu.
Nie spotkałam jeszcze cudownego oczyszczenia żył z cholesterolu, czy też cudownego usunięcia depozytów kału z okrężnicy, będących na skutek toksemii w organiźmie przyczyną 80% przewlekłych chorób.
Medycyna akademicka, od samego poczatku jej funkcjonowania zapracowywuje sobie na to, aby wierzyć jej z ograniczonym zaufaniem. Jeśli prześledzimy jej poczatki i jej ścisły od zarania związek finansowy z przemysłem farmaceutycznym, to wniosek, że niekoniecznie służy ona interesom przecietnego pacjenta, nasuwa się sam.
Od kilkudziesięciu lat badania, których efektem są medyczne odkrycia prowadzone są przez olbrzymie firmy farmaceutyczne, które dodatkowo dofinansowywują wyższe uczelnie medyczne i sprawuja finansowa opiekę nam środowiskiem medycznym.
W ten sposób firmy farmaceutyczne kontrolują informacje i kształcą lekarzy na potrzeby swoje (biznes), a tylko w pewnym zakresie na potrzeby nasze.
Przyszłość farmacji to coraz więcej sprzedanych leków, a przemysłu chemicznego- więcej i grubiej posypanych nawozami pól.
Przyszlość pseudonaukowej medycyny to coraz więcej chorych.
Jeśli chodzi o szczepienia, to już sam fakt, ze wiele z nich ma rangę obowiazkowych, a nie ma takiej ustawy, która by mnie zmuszała do zaszczepienia dziecka daje mi do myślenia.
Wiele opublikowanych wyników badań nt. skuteczności szczepień i ich skutków ubocznych , często groźniejszych niż choroba, której miały zapobiegać mówi samych za siebie.
Japończycy już dawno przestali szczepić dzieci do lat dwóch, uważając, że szczepienia rujnują słabiutki układ immunologiczny dzieci, a amerykanie nie szczepią dzieci na odrę, bo wyszło, że dzieci szczepione chorują trzy razy częściej etc., etc.
Jest wiele potrzebnych szczepień np. przeciwko wściekliźnie czy malarii i nikt ich nie kwestionuje.
Tak więc jest wiele przyczyn całkiem obiektywnych, dla których współczesny, myślący człowiek zaczyna szukać alternatywnych możliwości leczenia.

Nie tylko pacjenci bilansują osiągnięcia współczesnej medycyny na początku nowego stulecia. Również w świecie medycznym daje się zauważać narastający sprzeciw wobec kauzalistyczno- mechanistycznej koncepcji człowieka w tradycyjnej medycynie, wobec „inżynieri medycznej”, dla której czlowiek jest tylko sumą poszczególnych organów i procesów fizyko-chemicznych, pacjenci- materiałem, a narządy ludzkie – częsciami zamiennymi.
Żyjemy w czasach emancypacji człowieka, który z przedmiotu staje się podmiotem, przejmuje odpowiedzialność za siebie samego, zmienia swój stosunek do natury jako przejawu wyższej mądrości.
Nadchodzi czas, gdy ludzie ofiary przemysłu farmaceutycznego, ogłupieni przez reklamową machinę, rozdarci pomiędzy dogmatem medycyny oficjalnej a rozmaitymi szamańskimi mistyfikacjami chcą wziąć swój los w swoje ręce .
Człowiek nie powinien ślepo wierzyć lekarzowi, nasze zdrowie jest dla nas zbyt poważną sprawą, abyśmy je oddali na pastwę przemysłu farmaceutycznego.
Każdy ma obowiązek myśleć, podważać to, co wydaje mu się szkodliwe lub absurdalne i działać.
Takie działania mają właśnie miejsce na tym forum i dlatego zupełnie nie zgadzam się z oceną Michała zawarta we wstępie jego postu.

Na najnowszą książkę z cyklu o Mordimerze Madderdin czekałem z ciekawością. Otwarte zakończenie „Łowców dusz” dawało Jackowi Piekarze duże możliwości na poprowadzenie fabuły w najmniej przewidywalnym kierunku. Tymczasem autor zrobił nieoczekiwaną woltę i zamiast oczekiwanej przez wszystkich powieści „Czarna zaraza” zapowiedział pojawienie się trzech zbiorów opowiadań traktujących o młodości głównego bohatera. Nasuwa się pytanie: czy autor nie ma koncepcji na ciąg dalszy serii? A może postanowił wyeksploatować pomysł do ostatniej litery? Jakby nie było przed „Płomieniem i krzyżem” stanęło trudne zadanie – książka musiała nie tylko sprostać oczekiwaniom czytelników, ale także udowodnić, że autor wciąż ma świeże pomysły, którymi jest w stanie zaciekawić .
Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy po przeczytaniu pierwszego akapitu to rezygnacja z narracji pierwszoosobowej. Ma to przynajmniej dwie zalety. Po pierwsze autor darował nam ciągłe zapewnienia Mordimera, co do jego pobożności i skromności, a dodatkowo zyskaliśmy okazje na spojrzenie na alternatywny świat z różnych perspektyw, a nie tylko okiem fanatycznego inkwizytora. Ostrzegam jednak, że osoby, który spodziewają się rozległych opisów czy historycznego wykładu o „piekarowym” uniwersum mogą poczuć się zawiedzione. Autor, podobnie jak w poprzednich książkach cyklu, wciąż dawkuje informacje i nie ujawnia wszystkich szczegółów.
Wraz ze zmiana narracji zmienili się także bohaterzy. Mordimer, chociaż jest kluczową postacią wokół której rozgrywa się cała intryga, bierze czynny udział tylko w jednym opowiadaniu („Płomień i krzyż”) W pozostałych o wiele większa rolę odgrywają jego matka (tytułowa „Piękna Katarzyna”) oraz inkwizytor Arnold Lövefell, którego kreacja to bodajże największy atut książki. Jest to postać podobna z charakteru i usposobienia do Madderdina, a równocześnie mocno się od niego różniąca. Łączy ich szczere oddanie służbie oraz łatwość w podejmowaniu nawet najtrudniejszych decyzji z nią związanych. Jednocześnie Lövefell wydaje się bardziej ludzki – potrafi wynagrodzić czyjś bezinteresowny dobry uczynek. O ile po Mordimerze zostawał tylko zapach spalonych ciał i łzy poszkodowanych, działania nowego bohatera potrafią odmienić czyjeś życie i to na lepsze. Równie, a może nawet ciekawsza, od doraźnej służby Lövefella wydaje się być jego przeszłość, która rzuca nieco światła na sekrety Wewnętrznego Kręgu Inkwizycji.
Wprowadzenie nowych postaci nie oznacza jednak, że na kartach opowiadań nie spotkamy starych, dobrych znajomych. Wręcz przeciwnie takie postaci jak ówczesny kanonik Gersard czy tajemniczy Marius von Bohenwald również będą miały spory wpływ na koleje losu młodego Mordimera.
Kilka słów warto poświecić samym opowiadaniom. Tak jak już wspomniałem traktują one o wydarzeniach poprzedzających te ze „Sługi bożego” i pokazują kluczowe momenty, które ukształtowały przyszłego inkwizytora. Poznajemy zatem dzieciństwo Madderdina, ujawnione zostają szczegóły jego udziału w bitwie pod Schengen , w końcu dowiadujemy się w jaki sposób dostał się do szkoły dla inkwizytorów. W porównaniu z poprzednimi zbiorami opowiadań najnowsze utwory są ciekawsze i nielicząc pierwszego mniej przewidywalne Co ważne Piekara zrezygnował z kumulowania zbyt dużej liczby zagadek bez odpowiedzi. Owszem, na część z ich przyjdzie nam poczekać, ale sporo znajduje rozwiązanie w kolejnych opowiadaniach. Nie odczuwa się także schematyzmu – każdy z utworów jest nieco inny. Jak dla mnie numerem jeden w zbiorze jest tytułowe „Płomień i kurz”, którego akcja rozgrywa się na ziemiach ogarniętych chłopską rebelią. Już pierwsze zdanie świetnie wprowadza nas w klimat tamtych wydarzeń: „Arnold Lövefell siedział na pniu drzewa i ogryzał podpieczone w ogniu, na pół surowe ludzkie mięso” A to dopiero początek jego wyprawy w krainę, która mogłaby posłużyć Dante jako wzór do opisu piekła.
„Płomień i krzyż” to zbiór czterech, wartych przeczytania opowiadań. Książka jest skierowana przede wszystkim do wielbicieli cyklu, ale dzięki swojej konstrukcji mogą po nią śmiało sięgnąć osoby, które do tej pory nie miały okazji czytać opowiadań o Mordimerze Madderdin. Ciekawie skonstruowany świat, intrygujące postaci, mroczny, niepowtarzalny klimat to bezsporne atuty zbioru. Do tego należy dodać sporą dozę okrucieństwa i wisielczego humoru. Jeśli więc ktoś jest wielbicielem takich klimatów zachęcam do lektury.

Ocena 7/10

Jaka Konstytucja dla Polski?

Przeszliśmy długą drogę, aby dotrzeć do miejsca, w którym dziś się znajdujemy. Po raz kolejny udowodniliśmy, jak mówi znane powiedzenie, że Polacy umiłowali wolność nie mniej niż Amerykanie. Nie możemy zmarnować tego, co już osiągnęliśmy. Powtórzę za Tadeuszem Mazowieckim, pamiętajmy: "abyśmy tej zaczynającej się polskiej demokracji nie zamienili w polskie piekło (...) swarów, podgryzań i walk." Jedność jest nam szczególnie potrzebna w przededniu poważnej debaty, debaty nad ustrojem Polski wolnej i niepodległej, debaty nad nową Konstytucją. Liczę, że jedną z pierwszych decyzji nowego Sejmu będzie powołanie Komisji Konstytucyjnej, taki projekt wniesiemy pod obrady. Debatę zacznijmy jednak od poziomu ogólnokrajowego. 3 maja wypada 200 rocznica uchwalenia pierwszej polskiej Konstytucji, która słusznie może się szczycić również pierwszeństwem na kontynencie europejskim. Tak jak wówczas, tak i teraz "niepodległość zewnętrzna i wolność wewnętrzna narodu", jego los, "w nasze ręce jest powierzony". Strzeżmy się więc i my - jak ongiś twórcy 3-majowej Konstytucji - abyśmy "na błogosławieństwo, na wdzięczność współczesnych i przyszłych pokoleń mogli zasłużyć" - i to "pomimo przeszkód, jakie i w nas (jak ongiś w pokoleniu 3-majowym) mogą sprawować namiętności" w swej wielorakiej postaci. Pomimo wszystko.

Debatę trzeba rozpocząć od zasadniczych pytań. Jaki ustrój przyjąć dla Polski? Nalezy pamiętać o szczególnej roli polskiego parlamentu, dając mu silną pozycję, jako głosowi najbliższemu obywatelom. Dlatego też uważam, że ustrój powinien przyjąć formę parlamentarno-gabinetową. Ustrój gospodarczy już natomiast został prawidłowo zdefiniowany przez gabinet Tadeusza Mazowieckiego, który na początku reform podkreślał, że w Polsce budować będzie społeczną gospodarkę rynkową. Nie tak znowu odległy przykład RFN pokazuje, że jest to wybór jak najbardziej słuszny, dla państw transformujących się z ustroju socjalistycznego w wolnorynkowy. Stoją przed nami podobne problemy, podobne wyzwania, jak w powojennych Niemczech.

Dalej kwestią zasadniczą jest otoczenie szczególną troską praw naturalnych obywateli Rzeczpospolitej. Powinniśmy odwołać się w tej kwestii do niedoścignionego wzoru Konstytucji Stanów Zjednoczonych zbudowanej na koncepcji praw negatywnych. Doskonale okreslił istotę tego założenia Sędzia Sądu Najwyższego USA George Sutherland: "To nie prawo własności się ochrania, lecz prawo do własności. Własność sama w sobie nie posiada przecież praw; za to człowiek, jednostka, ma trzy wielkie prawa, równie nietykalne przed arbitralną ingerencją: prawo do swojego życia, prawo do swojej wolności, prawo do swojej własności. Te trzy prawa są tak ściśle powiązane ze sobą, iż w istocie stanowią jedno prawo. Dać człowiekowi jego życie a odmówić wolności to odebrać mu wszystko, co sprawia, że jego życie jest coś warte. Dać mu jego wolność lecz odebrać własność, która jest owocem i oznaką wolności, to uczynić go niewolnikiem." Pewne prawa moralne są własnością wszystkich istot ludzkich po prostu na mocy ich natury jako istot rozumnych. Od tych założeń powinniśmy wyjść do dalszej dyskusji.